Recenzje:
Głos Pomorza nr 59/21.03, Daniel Klusek,
"Spowiedź wampira"
----------------------
"Uwaga, złe psy!" w reż. Michała Siegoczyńskiego z Teatru Wytwórnia w Warszawie na XII Konfrontacjach Sztuki Kobiecej w Słupsku. Pisze Daniel Klusek w Głosie Pomorza.
«Miłość czasem może doprowadzić do choroby psychicznej. Tak było w przypadku Anity Szatkowskiej, która przez lata związana była ze znanym pisarzem, Jerzym Szaniawskim. Historię kobiety w poniedziałkowy wieczór opowiedziała Małgorzata Rożniatowska.
Aktorka znana jest głównie z roli Elżuni Kleczkowskiej w telenoweli "Złotopolscy". Tym razem słupszczanie zobaczyli zupełnie inne sceniczne wcielenie Rożniatowskiej. Zagrała ona wstrząsający monodram pt. "Uwaga, złe psy!". Opowiedziała historię malarki Anity Szatkowskiej, żony Jerzego Szaniawskiego. Tekst Remigiusza Grzeli oparty był na faktach.
Spektakl zrealizowany został w konwencji publicznej spowiedzi bohaterki. Przez cały czas Rożniatowska siedziała za stołem i do mikrofonu opowiadała historię znajomości, związku z pisarzem i swojej choroby psychicznej. Tłumaczyła się z zarzutów psychicznego i fizycznego znęcania się nad dużo starszym od niej mężem. Zagrała świetnie, balansując między pozornym spokojem bohaterki a momentami, kiedy objawy zaburzenia umysłowego były silniejsze, niż chęć ich powstrzymania.
"Uwaga, złe psy!" był jednym z najlepszych i najmocniejszych przedstawień, jakie w ostatnich latach można było zobaczyć podczas Konfrontacji Sztuki Kobiecej.
Poniedziałkowy monodram zakończył trwający przez ostatnie dwa tygodnie w Słupsku dwunasty przegląd twórczości pań. Przez ten czas widzowie mogli zobaczyć recital Stanisławy Celińskiej. O tym, że wielu fanów ma w Słupsku teatr tańca, można było się przekonać podczas dwóch przedstawień artystów z Poznania. Wirtuozerią popisała się młodziutka Claudia Zorbas, która zagrała Mendelssohna. Było też coś dla fanów bluesa. Na scenie filharmonii wystąpiła Beata Kossowska, uznana za pierwszą damę polskiej harmonijki ustnej.
XIII Konfrontacje Sztuki Kobiecej w marcu przyszłego roku.»
"Polityka" Jacek Sieradzki: "Subiektywny spis aktorów" Małgorzata Rożniatowska (zwycięstwo) Miła pani zasiada naprzeciw nas, spokojna, prosto od fryzjera. Jest żoną Jerzego Szaniawskiego, którą plotka oskarżyła o obłęd i znęcanie się nad mężem. Usłyszymy obronę. Racjonalną i przekonującą - jeszcze nawet wtedy, gdy głos opowiadającej zacznie wibrować, przechodzić w quasi-śpiew. Właściwie nie zauważymy, w którym momencie tok opowieści definitywnie wyrwie się spod panowania rozumu. I do końca nie będziemy wiedzieć, czy to wszystko mówi oszalała sadystka, czy tylko ktoś, kto z miłości stracił miarę. Misterny monodram Remigiusza Grzeli "Uwaga Złe psy!" zbudowany został na scenie z delikatnych drgnięć głosu, stopniowanego tężenia wzroku, narastającego szaleństwa. Wielkie brawa dla aktorki znanej dotąd raczej z drugiego planu. Musi być coś niesamowitego w murach Wytwórni, co rewitalizuje aktorski kunszt. "Przegląd" Tomasz Miłkowski: Najlepsze role kobiece: 1. Anna Seniuk - Kulka w "Kosmosie" wg Witolda Gombrowicza w reż. Jerzego Jarockiego w Teatrze Narodowym 2. Stanisława Celińska - Grace w "Grace i Gloria" Toma Zieglera w reż. Bogdana Augustyniaka w Teatrze na Woli 3. Aleksandra Górska - Matka w "Peer Gyncie" wg Henryka Ibsena w reż. Marka Piasecznego w Teatrze Montownia 4. Małgorzata Rożniatowska - Panna Pieriepielcina w "Waszej Ekscelencji" wg Fiodora Dostojewskiego w reż. Izabelli Cywińskiej w Teatrze Współczesnym oraz Anita w monodramie "Uwaga - złe psy!" Remigiusza Grzeli w reż. Michała Siegoczyńskiego w Teatrze Wytwórnia. "Przekrój" "Detaliści i rozśmiszacze" Łukasz Drewniak Minął kolejny sezon teatralny. Nie wszystko, co godne uwagi, zdołaliśmy opisać. Bijąc się w piersi, przed następnym sezonem nadrabiamy zaległości. Okiem Drewniaka: sezon detalistów. Bywa, że kiedy hurtownicy zawodzą, a import nie pokrywa popytu, na scenę wchodzą prężni detaliści. Z dala od medialnego szumu, bez wsparcia lobbystów wskakują czasem na rynek jednym celnie trafionym produktem. Taki Michał Siegoczyński. "Uwaga Złe psy!" w warszawskiej Wytwórni to dopiero jego czwarte przedstawienie. Wziął quasi-dziennikarski tekst Remigiusza Grzeli - opowieść o szalonej żonie pisarza Jerzego Szaniawskiego - i zrobił zeń ni to wywiad telewizyjny, ni to konferencję prasową. Aktorka mówi do mikrofonu, logicznie tłumaczy charakter swojego związku z pisarzem, odkłamuje czarną legendę. Oskarżono ją o znęcanie się nad mężem, doprowadzenie go do grobu... A przecież jest dobrą, kochającą kobietą! Nagle zaczynamy podejrzewać, że coś jest nie tak. Bohaterka zbyt natrętnie wraca do pewnych sytuacji, milknie, wzrok staje się błędny. Kłamstwo przetyka opowieść jak dziurki ser. Relacja staje się pełna goryczy i bólu. Siegoczyński prowadzi ten wykład precyzyjnie, niczego nie dopowiada. To my mamy wyciągać wnioski. Genialna powściągliwość! "Didaskalia" Marcin Zawada: "Uwaga - złe psy! A rebours" Spektakl ma charakter konferencji prasowej, ma być publiczną spowiedzią Anity Szatkowskiej-Szaniawskiej, nazywanej Złą Panią na Zegrzynku. Żonę Jerzego Szaniawskiego oskarżono o znęcanie się nad mężem. Anita czeka na publiczne wybaczenie, choć boi się ludzi. Siedzi przed nami prawie nieruchomo, z porozumiewawczym albo przepraszającym uśmiechem opowiadając historię swoją i Jura, jak nazywała Szaniawskiego. Usprawiedliwia wszystkie zarzuty: zamykanie nagiego pisarza w komórce okazuje się żartem, któremu przez chwilę przyjrzy się listonosz, podawanie gipsu ma zapobiec łamliwości kości, fałszowanie podpisu to wyręczenie pisarza w korespondencji, zabranie ciężko chorego Szaniawskiego ze szpitala odbywa się na jego prośbę. Jerzy sam w zabawie wylewa sobie polewę z naleśników na głowę, poszczuta psami dziennikarka czy spaleni chłopcy sami są sobie winni, dewastowanie dworku jest przecież szukaniem zostawionego przez męża spadku. Przez pierwszą część spektaklu siedzi spięta, niemal gotowa do ucieczki. Ostrożnie popija wodę. Opowiada swoją wersję historii związku z Szaniawskim. W miarę rozwoju spektaklu wypowiedzi Szaniawskiej stają się niekoherentne i wulgarne, wymykają się spod kontroli. Sięga po paczkę papierosów, nabiera przez chwilę pewności siebie, z ust niknie uśmiech. Kiedy monolog nabiera rozpędu, kiedy w Szaniawskiej gotują się emocje, bohaterka chwyta oburącz mikrofon i balansując na krawędzi fałszu, wyśpiewuje-wykrzykuje po angielsku rockową piosenkę. Przez niecałą godzinę Małgorzata Rożniatowska rozwija przed widzami wachlarz środków aktorskich i nie pozwala oderwać się widzom od swej historii ani na chwilę. Za tę rolę otrzymała Grand Prix 46. Kaliskich Spotkań Teatralnych. Na furtce dworku w Zegrzynku wisi tabliczka: "Uwaga - złe psy!" Szaniawski często powtarzał, że napis powinno się umieścić od wewnątrz, by ostrzegał, kiedy on i żona wychodzą do miasta. Kto, dziennikarze czy sąsiedzi, zmienili historię pisarza i malarki? A może autor sztuki Remigiusz Grzela? Szaniawska utwierdza się w miłości czy raczej usprawiedliwia, żałując zaprzepaszczonej kariery malarskiej? Czy prywatna tragedia niedołężnego mężczyzny i znacznie młodszej kobiety cierpiącej na chorobę psychiczną nie jest dla współczesnego widza także walka z mediami, bezwzględnym poszukiwaniem pikantnych szczegółów, wywlekaniem i wykrzywianiem wszelkich, nawet intymnych spraw? Szaniawska posługuje się raz przepraszającym, raz atakującym tonem. Wierzymy jej, kiedy z czułością opowiada o poranku w dniu śmierci Szaniawskiego, o dźwiękach wydawanych przez pokrywki, jakie zawsze towarzyszyły zjawianiu się męża w kuchni. Wierzymy, kiedy w finale zrezygnowana i przegrana, przytłoczona samotnością, chorobą i oskarżeniami, zaprasza Jerzego do ogrodu na kawę - taką, jak lubi. W finale spektaklu z głośników wybrzmiewa z pełną mocą Niczego nie żałuję Edith Piaf. To dychotomiczne wyznanie, jak w rozszczepionej chorobą osobowości bohaterki, znów może być przekornie odczytane. Michał Siegoczyński nie pozostawia widza jedynie we wzruszeniu. Nad niknącą w wyciemnieniu postacią zapali mrugające festynowe czerwone lampki. Jak klisza fotograficzna widzowie prześwietlani są przez jaskrawe światło bijące również ze stołu. Bladoniebieskie światło wykoślawia zastygłą twarz kobiety. Wszystko więc było tylko projekcją schizofreniczki? Rożniatowska-Szaniawska nie wstydzi się ani brzydoty, ani łez. Bez lusterka, niedbale pokrywa usta ostrą szminką. To przejmujący moment, który na długo pozostaje w pamięci. Kinga Preis poleca w "Dzienniku", 23 czerwca 2006 r. "Uwaga złe psy" w Teatrze Wytwórnia. Monodram Małgorzaty Rożniatowskiej w reżyserii Michała Siegoczyńskiego. To niezwykła historia przedziwnej miłości, która połączyła pisarza Jerzego Szaniawskiego i dużo od niego młodszą Anitę Szatkowską. Z początku ich uczucie było spychane na drugi plan. Pisarz żył bowiem ze swą żoną. Kiedy kobieta zajmuje miejsce przy boku ukochanego, rodzi się w niej potrzeba dominacji. Tworzy się chory układ, między miłością i nienawiścią, przypominający relację kata i ofiary. Naiwne uczucie przeradza się w patologię. W fascynujący sposób pokazała to Małgorzata Rożniatowska. Ona nie uprawia aktorstwa na pokaz. Nie miota się w skrajnych emocjach, nie pokazuje nam całej amplitudy uczuć, wachlarza środków, którymi aktorzy tak chętnie żonglują, by udowodnić sobie samym i widzom, że to co robią, mieni się kolorami. Dlatego opowieść Rożniatowskiej dochodzi do widza ze zdwojoną siłą. Aktorka jest stonowana, ale nie chłodna. To, co wyrażają jej oczy, te trzymane na więzi emocje, przemawia do mnie. Ze sceny bije spokój. W tym spokoju można zrozumieć bohatera.
Recenzja z portalu www.tvp.pl
Uwaga – złe psy Chora miłość i chora dusza to główne tematy monodramu wyreżyserowanego przez Michała Siegoczyńskiego z interesującą interpretacją Małgorzaty Różniatowskiej. Mocny tekst, który stara się dociec przyczyn tragedii związku pisarza Jerzego Szaniawskiego z malarką Anitą Szatkowską i wyśmienita gra Różniatowskiej, zaowocowały spektaklem, który nikogo nie postawia obojętnym. Spektakl zespołu stołecznego Teatru Wytwórnia zbiera zasłużone laury na licznych festiwalach. „Uwaga – złe psy” to zainspirowana faktami dramatyczna historia chorej psychicznie Szatkowskiej, która związała się ze znacznie starszym od siebie Jerzym Szaniawskim. W dniu ślubu pan młody miał 76 lat. Pod koniec życia pisarz odizolował się zupełnie od społeczeństwa, razem z młodziutką żoną mieszkał w posiadłości w Zegrzynku. Sąsiedzi i prasa donosili w tym czasie o biciu, karmieniu gipsem, psychicznym i fizycznym znęcaniu się nad Szaniawskim. Wszystkiemu winna była jego żona. Gdy nabawił się udaru mózgu i w ciężkim stanie trafił do szpitala, Anita zabrała go stamtąd i zaczęła przetrzymywać w warszawskim mieszkaniu, nie dopuszczając do męża ani lekarzy, ani rodziny. W niedługim czasie pisarz zmarł. Miał wtedy 84 lata. Jak mówi autor tekstu Remigiusz Grzela, w swojej sztuce chciał „obronić potwora, usłyszeć Anitę”. Dlatego wybrał formę monodramu, gdzie głos ma tylko jedna strona, w tym przypadku Anita Szatkowska. To jej słuchamy, jej wersję wydarzeń poznajemy. Małgorzata Rózniatowska, znana szerszej widowni głównie z tasiemcowej telenoweli „Złotopolscy”, dźwiga na swych barkach całą sztukę i radzi sobie doskonale. Jest początkowo wyciszona, lekko ironiczna, skoncentrowana i spokojna. Przedstawia widzom swoją opowieść o życiu z Szaniawskim – są w niej romantyczne wspomnienia, kulisy związków pisarza z innymi kobietami i dowcipne opisy małżeńskiego pożycia. W pewnym momencie Różniatowska zmienia się – widzimy w jej oczach napięcie, głos staje się bardziej chrapliwy, nerwowo zaczyna bawić się papierosem. W tej nowej wersji Szatkowskiej nie ma miejsca na przyjemne wspomnienia czy nostalgię z przymrużeniem oka. Wydarzenia i słowa zdają się nabierać innego sensu, obłęd zaczyna dominować i porywać aktorkę. Jest to tylko moment – po paru minutach obłąkańczej pieśni aktorka jakby na powrót staje się normalna, jednak dla widza nic nie jest już takie jak przedtem. Traumatyczne widowisko doskonale podkreśla scenografia Wojtka Stefaniaka i minimalistyczna forma inscenizacji. Różniatowska siedzi za stołem, ma przed sobą mikrofon, paczkę papierosów i gazety. Snop światła jest skierowany prosto w jej twarz – widz czuje, że jest świadkiem przesłuchania, prawdziwej wiwisekcji. Spektakl nie jest łatwy w odbiorze, co było zapewne zamiarem reżysera. Jednak dla niewyrobionego widza taka dawka autentycznej tragedii, psychicznego zniewolenia i chorej miłości obojga partnerów może okazać się za duża. Mimo tego, najważniejsze przesłanie sztuki czyli oddanie głosu głównej bohaterce, jest uzasadnione. Jakże często karmieni dziennikarską paplaniną (sic!) wysnuwamy ostateczne sądy nie znając tak naprawdę meritum sprawy, oskarżamy i ferujemy wyroki odmawiając prawa do obrony. Tak było w przypadku Anity Szatkowskiej. Jej dramat polegał na tym, że zdając sobie sprawę ze swojej choroby, miała zbyt mało siły i zbyt wielu wrogów, żeby z nią walczyć. Anita Szatkowska zmarła w zakładzie psychiatrycznym, gdzie trafiła kilka lat po śmierci męża. Katarzyna Grabowska Festiwal, festiwal i... po festiwalu XLVI Kaliskie Spotkania Teatralne podsumowuje Bożena Szal-Truszkowska w Ziemi Kaliskiej Gazecie Poznańskiej. «Objawienie pani Małgorzaty Blisko 20 nagród i wyróżnień aktorskich, zarówno indywidualnych jak i zespołowych, a także nagród specjalnych, przyznanych przez jury, dziennikarzy, publiczność i okazjonalnych sponsorów (patrz werdykt) - zebrali uczestnicy 46 Kaliskich Spotkań Teatralnych. Ale tak naprawdę kaliski festiwal wygrała jedna niezwykła aktorka... Renesans monodramu? Małgorzata Rożniatowska popularność zdobyła dzięki telewizyjnemu serialowi "Złotopolscy", ale w teatralnych rankingach jej nazwisko jeszcze do niedawna praktycznie nie istniało. Aktorka objawiła się nam w monodramie Remigiusza Grzeli "Uwaga złe psy" w reżyserii Michała Siegoczyńskiego, zbudowanym na kanwie tragicznych losów Jerzego Szaniawskiego - niegdyś modnego, a dziś już zapomnianego, dramaturga, którego pod koniec życia odcięła od świata i zadręczyła na śmierć psychicznie chora żona. To właśnie ona spokojnym, wyważonym tonem z niesamowitą logiką opowiada tę porażającą historię, nie dostrzegając w niej cienia własnej winy. Jej szaleństwo jest głęboko ukryte, choć chwilami objawia się w całym swym okrucieństwie. Aktorka operując niezwykle oszczędnymi środkami, nie opuszczając nawet na chwilę swego miejsca za stołem, trzyma w napięciu publiczność przez 45 minut! Co w tym roku nie udało się żadnemu innemu teatrowi. Kunszt aktorski Rożniatowskiej zarysował się jeszcze wyraźniej w porównaniu z innymi serialowymi "gwiazdami", które - jak się wyjaśniło w Kaliszu -potrafią grać już tylko do kamery, a nie do żywej widowni. Jej talent zabłysnął mocno także na tle drugiego, prezentowanego w tym samym dniu monodramu "Niżyński", opartego na losach i autentycznych zapiskach znanego tancerza. Spektakl z pozoru bardzo atrakcyjny (z elementami tańca i filmu), okazał się kompletnym nieporozumieniem. (Aż trudno uwierzyć, że "Dzienniki" tego niezwykłego artysty mogą być tak puste!) I chyba tylko głęboko emocjonalnym stosunkiem młodej widowni do legendarnego tancerza można tłumaczyć owację na stojąco, jaką zgotowano młodemu łódzkiemu aktorowi, a także przyznaną mu nagrodę publiczności. Andrzej Matul – recenzja spektaklu „Uwaga – złe psy!”, Polskie Radio, Program I, 23 marca 2006 r. Maria Szabłowska: Muzyczna Jedynka.PL i Andrzej Matul, który w swych czwartkowych felietonach nieczęsto coś chwali, ale muszę powiedzieć, że dawno nie słyszałam, żebyś mówił o jakimś wydarzeniu kulturalnym z takim entuzjazmem… Andrzej Matul: Tak, z pasją. Często mi się zdarza, że ganię, nie zawsze mówię dobrze. M.SZ.: No, właśnie. A.M.: A chociaż tak się cieszę, jak mogę powiedzieć dobrze, bo to jest wtedy cała radość. Ja nie wiem, czy ty byłaś w Teatrze Wytwórnia na Pradze? M. SZ. Tak, byłam. To jest wytwórnia… A.M.: Wódek dawna. - Musimy to sobie szczerze powiedzieć. Teraz to się nazywa Teatr Wytwórnia. Byłem tam po raz pierwszy. To, co się tam wydarzyło, czego byłem świadkiem, jest dla mnie źródłem optymizmu, nie tylko na przyszłość polskich teatrów offowych, ale w ogóle zacząłem patrzeć optymistycznie na przyszłość polskiego teatru, o którym ostatnio mówię nienajlepiej, zresztą nie tylko ja. Dwóch młodych ludzi… M. SZ.: Już się dobrze zaczyna. A.M.: Scenarzysta Remigiusz Grzela i reżyser Michał Siegoczyński wzięli się za prawdziwą historię toksycznego związku malarki Anity ze słynnym dramaturgiem Jerzym Szaniawskim. To była szaleńcza, zaborcza miłość, która doprowadziła ich najpierw do kompletnej izolacji od świata zewnętrznego, potem do śmierci pisarza i obłędu jego małżonki. A zaczęło się bardzo niewinnie i romantycznie. On siedemdziesięciopięcioletni znany kobieciarz, wybitny pisarz spotyka o wiele lat młodszą od niego Anitę. Razi ich jak piorunem miłość od pierwszego wejrzenia. Ona wysyła do niego na znak miłości niebieskie, puste koperty. Skąd my to znamy? M. SZ.: Przysyłaj choć puste koperty… A.M.: Tak… On po śmierci poprzedniej towarzyszki życia prosi Anitę o rękę, wreszcie wolny. Szalone uczucie. Poślubieni zamykają się przed światem w dworku Szaniawskiego. I tu się rodzą demony. Zazdrość o przeszłość, o rzesze wielbicielek szukających z pisarzem kontaktu, Anita przejmuje całą korespondencją Szaniawskiego, odgradza go murem od rodziny i przyjaciół, karmi rozpuszczonym gipsem, rzekomo dla poratowania słabych kości, bo nie bardzo może sobie poradzić w tańcu ze swoim mężem, ciężko chorego porywa ze szpitala, pozbawia go fachowej opieki medycznej, a po śmierci męża zamyka się w dworku, niszczy po nim pamiątki. Wreszcie podpala dom, a w ogniu ginie dwóch młodych ludzi uznanych przez Szaniawską za włamywaczy. Scenarzysta postanowił dać tej tragicznej postaci prawo do obrony. Zgodził się z nim reżyser, który postanowił zaaranżować w tej przestrzeni salę komisji śledczej, czy konferencję prasową, pozostawiając Szaniawską z kilkudziesięcioma osobami, znającymi te historię, które trudno podejrzewać o przychylność wobec ofiary. Ania tkwi za stołem prezydialnym, niemal bez ruchu, blisko 50 minut i opowiada swoje życie z ukochanym Jurem, jak nazywała Szaniawskiego. Z tyłu przeraźliwie biały ekran, reflektor w oczy, czasem dyskretne dźwięki muzyki w tle. A Bohaterka monodramu „Uwaga – złe psy!” tylko dwa razy porusza się minimalnie: sięga po okulary i tekst, by zacytować fragment listu, raz wyryczy w mikrofon jakąś pieśń, a tak jest spokojna, lekko uśmiechnięta, w niczym nie przypomina wariatki. Reżyser Michał Siegoczyński, ma już na swoim koncie zresztą nagrody za monodram „Jak zjadłem psa” Griszkowca. choć jest bardzo młody, z wielką dojrzałością i konsekwencją podszedł do tekstu. Jaka to ulga zobaczyć pełny szlachetnej prostoty i absolutnej prawdy przedstawienie na tle hochsztaplerki uprawianej przez większość tak zwanych młodych zdolnych, masakrujących klasykę, epatujących brutalnością i nieokiełznaną przez myśl wyobraźnią. Ale do tego trzeba mieć interpretatorkę. Małgorzata Rożniatowska wreszcie może w pełni udowodnić, że Elżunia Kleczkowska ze „Złotopolskich” to nie jest szczyt jej aktorskich możliwości i ta przez lata niedoceniana artystka genialnie realizuje zamierzenia obu młodych: Grzeli i Siegoczyńskiego. Wychodzimy z teatru pełni wątpliwości, czy rację ma bohaterka, czy sfora tytułowych „złych psów”, otaczających Szaniawskich. Wielka rola, fascynujące pięćdziesiąt minut. Bardzo Państwu polecam „Uwaga – złe psy!” w Wytwórni, róg Markowskiej i Białostockiej. "Życie Warszawy", nr 86/11.04 Iza Natasza Czapska o Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie: "Walki o Grand Prix nie było. Na taką nagrodę i 3000 zł zasługiwał tylko jeden spektakl - "Uwaga Złe psy!" Remigiusza Grzeli w wykonaniu znanej całej Polsce jako Kleczkowska ze Złotopolic, Małgorzaty Rożniatowskiej. To kolejny w czteroletniej historii przeglądu sukces Michała Siegoczyńskiego, reżysera nagrodzonego podczas drugiej edycji za monodram "Jak zjadłem psa" Jewgienija Griszkowca. Będzie miał teraz zapewne pełne ręce roboty - wyrasta na speca od monodramu, a w tej formie lubi samych siebie - jak widać po przeglądzie - nie plejada, a plaga artystów." Grand Prix monodramowi "Uwaga - złe psy!" przyznało jury w składzie: Iza Natasza Czapska, Marlena Moździńska, Wojciech Feliksiak, Andrzej Mastalerz. "PRZEGLĄD" nr 12 (324)/2006 ZŁY PIES W CZŁOWIEKU Tytuł monodramu Remigiusza Grzeli w reżyserii Michała Siegoczyńskiego jest poniekąd mylący i antykynologiczny. "Uwaga złe psy" ma być paralelą ludzkiego losu i aluzją do obłędu, który siedzi w każdym z nas, ale ujawnia się tylko w szczególnych okolicznościach. W Anicie Szaniawskiej „zły pies” odezwał się u schyłku związku z jej mężem, wybitnym pisarzem i dramaturgiem. Monodram będący wyznaniem chorej psychicznie kobiety składa się z dwóch części. W pierwszej, niemal lirycznej, opowiada o miłości do dużo starszego mężczyzny i o początkach wspólnego pożycia, druga pokazuje to, co się działo pod podszewką jaźni, i urojenia po śmierci pisarza. Małgorzata Rożniatowska wynosi ów monodram na szczyty sztuki dramatycznej maksymalnie oszczędnymi środkami, siedząc nieruchomo za stołem, niby w radiowym studiu lub pokoju przesłuchań. Puentą spektaklu jest piosenka Edith Piaff "Je ne regrette rien" ("Nie żałuję niczego"). Bronisław Tumiłowicz Remigiusz Grzela, "Uwaga złe psy", reżyseria Michał Siegoczyński, występuje Małgorzata Rożniatowska, Teatr Wytwórnia w Wytwórni Wódek „Koneser” w Warszawie, premiera 3 marca "WPROST i KULTURA" 13 marca - 26 marca 2006r. przyznało "Złym psom" cztery i pół gwiazdki na pięć możliwych, uzasadniając: Trudny temat, ale takie teatr bardzo lubi. Historia ostatnich lat życia Jerzego Szaniawskiego i jego żony Anity wzbudzała wiele kontrowersji. Ale my poznajemy wersję Anity S. idealnie stopionej z wykonawczynią roli - Małgorzatą Rożniatowską. To już nie jest obraz tylko szalonej kobiety, gnębiącej i karmiącej męża roztworem z gipsu, a konferencja prasowa z jej udziałem. Zadziwiająco opanowana jakby siedziała przed kamerą, opowiada własną wersję zdarzeń, przytacza artykuły z prasy, jest rzeczowa, wyciszona, daleka i tylko w jednym momencie potrząsa nami. Ale tak, że wystarczy. Mam niedosyt Rożniatowskiej na scenie, która powinna (!) grać w teatrze jak najczęściej. Zgodzić się jednak muszę z reżyserem monodramu, Michałem Siegoczyńskim, że dla widzów mogłoby być emocji zbyt wiele. HS "Uwaga - złe psy!" Remigiusz Grzela, reż. Michał Siegoczyński, wyst. Małgorzata Rożniatowska 6 marca 2006 GAZETA WYBORCZA: Przyszliście zobaczyć wariatkę? Joanna Derkaczew 05-03-2006, ostatnia aktualizacja 05-03-2006 18:12 Nowy - świetny! - spektakl Teatru Wytwórnia "Uwaga - złe psy!" pokazuje, jak niewiele zmieniło się u nas od mroków średniowiecza. Wtedy wariatów wystawiano w klatkach, dziś - mamy telewizję i brukowce. Spowiedź Anity, sadystycznej żony wybitnego pisarza Jerzego Szaniawskiego, okazuje się w gruncie rzeczy sądem nad współczesnym światem mediów. Historia jak z horrorów Stephena Kinga: dom na odludziu, w nim bezbronny pisarz unieruchomiony przez chorobę i złamania. Jako potwór występuje jego krzepka sadystyczna opiekunka. Ale to nie górskie pustkowie ze słynnego "Misery", tylko mazowiecki Zegrzynek. Tam w odciętym od świata dworku Anita Szatkowska przez kilka lat więziła i maltretowała swojego zniedołężniałego męża - Jerzego Szaniawskiego (1886-1970). Dramaturg poślubił dużo młodszą malarkę w wieku 76 lat. Miał już za sobą ponad 60 lat pracy literackiej, państwowe nagrody i państwowe represje. Autor "Dwóch teatrów", "Adwokata i róż", ojciec Profesora Tutki (sentymentalnego gawędziarza z "Przekroju") był najorginalniejszym obok Witkacego twórcą dwudziestolecia międzywojennego. Lata komunizmu go zniszczyły. Witkacy uciekł przed dyktaturą tłumu, łykając tabletki i podcinając sobie krtań. Szaniawski, piewca ulotnych tęsknot, musiał żyć w czasach siermiężnego socrealizmu. Czasach, w których za wrogów ludu władza uważała poetów. Nie mógł wydawać ani wystawiać. Jego marzycielskie i obco ideowo teksty znalazły się na indeksie. Jednak prawdziwy koszmar zaczął się dla pisarza dopiero u schyłku życia. Anita odgrodziła go od ludzi, przejęła jego korespondencję, pozbawiła pomocy lekarskiej, biła, poniżała, karmiła rozpuszczonym gipsem. Po śmierci męża podpaliła dworek (zabijając dwóch uwięzionych w nim ludzi) i rozpoczęła tułaczkę po zakładach psychiatrycznych. Zmarła w 1991 roku. Gdy dziennikarz Remigiusz Grzela gromadził dokumenty na jej temat, sytuacja wyglądała prosto. Wyrok był wydany - wariatka zakatowała geniusza. Powtarzały się określenia: schizofreniczka, dręczycielka, szalona "Pani na Zegrzynku". Grzela, specjalista od wywiadów z nietuzinkowymi kobietami, postanowił dać jej szansę na obronę. W jego wystawionym przez Teatr Wytwórnia dramacie Anita (Małgorzata Rożniatowska) przedstawia swoją wersję wypadków. Przychodzi do telewizyjnego studia spokojna, przygotowana, zaopatrzona w dokumenty i materiały. Konferencja prasowa? Komisja śledcza? Nie dowiemy się. Biurko z mikrofonem jest szare i uniwersalne jak obudowa komputera. Zza takiego biurka można ogłosić stan wojenny albo przeprowadzić wystrzałowy teleturniej. Co więcej, oskarżona nie spowiada się, nie kaja, nie dementuje. Mówi o pierwszym uczuciu młodej dziewczyny, kwiatach, wierszach, niebieskich kopertach. W kącikach ust kryje się uśmiech triumfu i tęsknota za tym, co udało się jej zdobyć. Na chwilę staje się tak piękna i szczęśliwa, że budzi zazdrość. Najbardziej przerażające historie (zamknięcie nagiego pisarza w komórce, fałszowanie podpisu, poszczucie dziennikarki psami) zamienia w ciepłe anegdotki, którymi zjednuje sobie sympatię widzów. Ona zmyśla. Nie zapomniała przecież, jak było naprawdę. Z wnikliwością badacza obserwowała rodzące się w niej szaleństwo. W miarę jak toczy się opowieść, twarz aktorki tężeje, zamienia się to w zwierzęcą maskę, to w ogłupiałe oblicze katatonika. Z gładkich zdań wyskakują nagle wulgaryzmy, przyspieszony oddech przydusza ją w pół słowa. Babcina bajka przekształca się w rozpaczliwy charkot. Wybucha muzyka z offu, a utopiona w czerwonym świetle wariatka zaczyna wyć do mikrofonu sentymentalna piosenkę. Na takich pokazach kobiecej histerii wychował się Freud w paryskiej klinice Salpetriere. Ale co robią tu współcześni widzowie? Anita pyta wprost -"przyszliście zobaczyć szurniętą?". Ale w rzeczywistości to pytanie o cały współczesny świat zmuszający do nieustannej spowiedzi i nadekspresji. Pytanie do czytelników wywiadów, autorów listów do redakcji, paparazzich, widzów reality shows. Pytanie o zatarcie granicy między prywatnym a publicznym. Kameralne przedstawienie świetnie pokazuje, jak ten problem przekłada się na konkretnego, cierpiącego człowieka. Rożniatowska znana przede wszystkim z roli w telewizyjnym serialu "Złotopolscy" okazuje się niezwykle wrażliwym instrumentem, na którym młody reżyser Michał Siegoczyński wygrał skrajne uczucia. Niknie panieński rumieniec, zostaje paniczny strach przed samą sobą. Po udanej "Kalimorfie" Marka Kality (na podstawie "Kolekcjonera" Johna Fowlesa) to już drugi spektakl "Wytwórni", w którym miłość staje się zabójczą obsesją. Praski teatr, ruszył dopiero na początku listopada, a już nadaje się do wpisania na listę zjawisk niewyjaśnionych. Stanowi fenomen artystyczny i ekonomiczny. Grupka młodych dramaturgów (Małgorzata Owsiany, Monika Powalisz, Radek Dobrowolski, Jacek Papis) samodzielnie wyremontowała i wyposażyła magazyny rozsypującej się fabryki wódek Koneser. Uwaga - częste odwiedzanie tego miejsca grozi trwałym uzależnieniem. Teatr Wytwórnia w Warszawie, "Uwaga - złe psy!", Remigiusz Grzela, reż. Michał Siegoczyński, występuje Małgorzata Rożniatowska, premiera 3 marca 7 marca 2006 RZECZPOSPOLITA: Ofiara obłąkańczej miłości W monodramie "Uwaga - złe psy!" Remigiusza Grzeli, w reżyserii Michała Siegoczyńskiego, wykonawczyni Małgorzata Rożniatowska siedzi za stołem i mówi do mikrofonu. Robi to tak sugestywnie, że ani się spostrzegamy, jak mija godzina. Dramatopisarz Jerzy Szaniawski w wieku 75 lat poślubił o wiele lat młodszą malarkę Anitę Szatkowską. Sąsiedzi nazywali ją Złą Panią na Zegrzynku. Uważali, że usidliła męża obłąkańczą miłością, znęcając się nad nim psychicznie i fizycznie, głodząc i zamykając w komórce. Na wyraźne życzenie żony lekarze wypisali go ze szpitala, do którego trafił w 1969 r. z udarem mózgu. Odtąd w pokoju podnajętym u obcej rodziny w Warszawie "leczyła" go, karmiąc... rozpuszczonym gipsem. Po śmierci pisarza wdowa szybko zdewastowała dworek męża w Zegrzynku, wreszcie go podpaliła. W płomieniach zginęło wtedy dwóch młodych mężczyzn. Kobieta trafiła do zakładu psychiatrycznego w Tworkach, skąd uciekła. Ostatecznie znalazła się w Domu Opieki w Krakowie, gdzie umarła w 1991 r. Remigiusz Grzela stworzył alternatywną wersję wypadków, opowiedzianych z punktu widzenia Anity Szaniawskiej. Kobieta wyjaśnia motywy postępowania. Choć niewątpliwie obłąkane i tragiczne w skutkach, dyktowane były szczerym uczuciem do podziwianego człowieka. Bohaterka grana przez Małgorzatę Rożniatowską jest w tym monodramie silną osobowością, jakkolwiek wyciszoną już i pasywną. W przebłysku świadomości płynie jej znaczona rezygnacją spowiedź życia. Po śmierci męża, którego nie udało jej się uratować - doustnie podawany gips miał, zdaniem szalonej, wzmocnić mu kości - życie straciło dla niej sens. Całość zachowuje strukturę słuchowiska. Ma dodatkowo tę zaletę, że możemy śledzić grę twarzy wykonawczyni. Znakomitej aktorki. Janusz R. Kowalczyk Remigiusz Grzela "Uwaga - złe psy!", reżyseria Michał Siegoczyński, scenografia Wojciech Stefaniak, światło Piotr Pawlik, muzyka Zbigniew Bieńkowski, premiera 3 marca 2006 r., Teatr Wytwórnia. Marta Fox, pisarka "Aż przyjdzie czarny głodny wilk" A gdyby tak do wewnątrz płotu okalającego dom przewiesić tabliczkę z napisem „Uwaga – złe psy”? Wtedy przed wyjściem każdy zobaczyłby ostrzeżenie i wiedziałby, że wchodzi do wrogiego świata. Wtedy świat stanąłby na głowie. Dom stałby się wolnością i azylem, a wyjście poza teren strzeżony parkanem narażałoby nas na całe zło świata, na warczących ludzi, na człowieka, który człowiekowi wilkiem. Jeśli złe psy są na zewnątrz, musimy wzmóc ostrożność, by im nie stanąć na drodze. Najlepiej byłoby wcale nie wychodzić poza własny teren, odgrodzić się od tego co tam, zasklepić w tym, co tu. Ci z zewnątrz nie będą potrafili zrozumieć inności panującej wewnątrz. Nie będzie im dane wchodzić do środka, a jeśli to się nawet zdarzy, to uciekną z niego przerażeni innością, a uciekając w popłochu nie zobaczą tabliczki, ostrzegającej przed tym, co tam.. przed czyhającymi złymi psami. Będą pewni, że właśnie udało im się uciec w bezpieczny teren.Granica normalności jest więc cienka, prawie tak, jak cienka czerwona linia oddzielająca to, co jest, od tego, co przed chwilą było. Skrzywdzony i poniżony krzywdzi i poniża, i niekoniecznie kieruje się motywem świadomego odwetu. Może tak właśnie było w życiu dramaturga, Jerzego Szaniawskiego i jego żony Anity Szatkowskiej, którą poślubił w wieku 75. lat. Próbuję dopowiadać sobie to, co zobaczyłam w monodramie Remigiusza Grzeli – „Uwaga – złe psy”, w reżyserii Michała Siegoczyńskiego i wykonaniu Małgorzaty Rożniatowskiej. Próbuję pojąć panujące pomiędzy małżonkami (pisarzem i jego żoną) relacje. Wersję żony, Anity, potwierdzającą rzekome fakty traktuję jako punkt wyjścia do własnych wyobrażeń.Znam tekst monodramu Grzeli. Przeczytałam go przed spektaklem. Ale przecież ów tekst (jak każdy tekst dramatu) jest zaledwie partyturą teatralną. To reżyser stworzył na jego podstawie inscenizację, a aktorką, Małgorzata Rożniatowska, dodała do niej swoje doświadczenie nie tylko zawodowe, ale i życiowe. Kiedy czytałam „partyturę” autora, wyobrażałam sobie, wedle własnej inscenizacji, życie w domu Szaniawskich, te specyficznie odgrywane dwa teatry jednego aktora, dwa teatry każdego z małżonków. Anitę widziałam w klimatach wielkiego obłędu, z którego momentami wychodziła i układała bieg wydarzeń wedle ogólnie przyjętej logiki. Gdybym to ja była reżyserem, stworzyłabym banalny spektakl z miotającą się po scenie aktorką. Zapewne byłby nadekspresyjny i krzykliwy. Reżyser i aktorka poszli inną drogą. Teraz, po obejrzeniu spektaklu, mówię, że słuszną, a słuszność tu oznacza dobór właściwych środków ekspresji do ciężaru obłędu bohaterki. Małgorzata Rożniatowska siada za stołem, przed mikrofonem i opowiada. Zeznaje. Widzowie występują w roli dziennikarzy (jeśli przyjąć, że to konwencja modnej konferencji prasowej) albo w roli uczestników talk show, którzy przyszli zobaczyć wariatkę, postanawiającą opowiedzieć im nareszcie prawdziwą wersję swojej historii. Nareszcie. Bo Anita ma już dosyć pomówień, domysłów, posądzeń o okrucieństwo, obłęd, szaleństwo, sadyzm. Anita zabiera nareszcie głos i szepcze jak na spowiedzi świętej: tak, to prawda, kochałam za bardzo, czekałam wiele lat aż wreszcie się ze mną ożeni, byłam młoda i piękna, czemu więc los wystawiał mnie na tak długie czekanie, na próbę cierpliwości. Tak – byłam posłuszna – mówi – bo wszystko robiłam dla niego, spełniałam każde życzenie, byłam żoną wielkiego pisarza, któremu trzeba było zapewnić spokój i tylko spokój. Byłam jego Muzą, wystarczałam mu, a jakże, przecież miałam wiele twarzy. Anita opowiada spokojnie, dla każdego swojego kroku znajduje racjonalne wytłumaczenie. Anita wie, że krzyk to ostateczność, zarówno w życiu, jaki na scenie. Jeśli zacznie wykrzykiwać swoje racje, widz zobaczy w niej wariatkę, a przecież ona nią już nie jest – albo inaczej – nigdy nią nie była, to tylko te psy z zewnątrz jej inność traktowały wrogo. Anita kokietuje, uwodzi na tyle, że przechodzimy na jej stronę, zaczynamy rozumieć, że to co nazywano szaleństwem było jedynie specyficznie toksycznym związkiem,mieszczącym się w niebanalnym życiem artystów. No, cóż, uczeń przerósł mistrza. Anita przecież była zdolna, prawie do wszystkiego, a każdy swój czyn usprawiedliwiała miłością. Tak, nauczyła się stylu męża, tak, odpisywała na jego korespondencję, tak, podrabiała jego podpis, tak, tylko ona wiedziała jak leczyć męża. Tak bywa przecież w życiu, że role się odwracają, kat staje się ofiarą, a ofiara katem. Kiedyś to mąż ją trzymał na postronku, a teraz ona jego. Z miłości, z oddania. Nie protestował, na początku może był zadowolony, że jest w jego życiu kobieta całkowicie mu się poświęcająca i żyjąca jego odbiciem. Sam chciał mieszkać w twierdzy i prosił żeby te płoty stawiać coraz większe. I mury. I tablice wywieszać. Ostrzegać. Chciał mieć swoją prywatność dla siebie. Ogrodzić ją, żonę, zamknąć. Kto więc kogo zamykał i więził? Kiedy czas przeszły zamieniał się w teraźniejszy? A może w czasie teraźniejszym był czas przeszły, a być może oba były w czasie przyszłym? Kiedy stały się kratami? Kiedy pułapką? Jak cienka czerwona linia oddzielała kraty od pułapki, jedną klatkę umieszczała w drugiej? Jest w grze Rożniatowskiej jednak niepokój, tykający jak zegar z opóźnionym zapłonem. Oczekiwałam momentu, w którym Anita zapomni, że ktoś jej słucha, zapomni, że musi odegrać jeszcze jedną z ról, także podwójnych: oskarżonej i własnego obrońcy. I zapomina. Albo inaczej: wychodzi z roli i rozmawia już tylko z mężem, jakby był obok, na jej łasce i niełasce, a przecież miłość bywa łaską, bo spływać może na człowieka jak łaska. Anita przechodzi w tonację liryczną i prosi: „Napisz mnie. Proszę, napisz mnie do końca. Napisz mnie tak, żeby więcej nie bolało. Napisz mnie tak, żebym była bezpieczna. Żebym nie uciekała.” Zapomina, że miała odgrywać zdrową na duchu i poukładaną kobietę, i żonę wielkiego pisarza. Rożniatowska raz jest piękna pięknością dojrzałej kobiety, która wiele wycierpiała, raz demoniczna demonicznością starzejącej się kobiety, która nie potrafi i nie chce wyrzucić dziewczynki z siebie. Raz jest zdobywczynią świata. Raz wystraszonym wróblem z duszą na ramieniu, w którego ktoś z tłumu chce rzucić kamieniem. Ale tryumfuje w swoim obłędzie, jakby tym razem nas, widzów zamknęła w klatce i w dodatku niczego nie żałuje, sami się o to prosiliśmy, ciekawscy, ciekawskie złe psy, wyciągające po nią swoje cztery łapy. A może tylko dwie. ("Bez cenzury", PARNAS.PL, 6 marca 2006) *** Łukasz Maciejewski, krytyk filmowy, TVP Kultura przeczytałem jednym tchem. Ocalić życie (jedno, zapomniane istnienie), które – pozornie – nie było wcale warte ocalenia. To już się udało. Tekst jest poruszający, ale nie szantażujący łatwym (czytaj ckliwym) zrozumieniem dla choroby, inności. Autorskie "ja" jest "zre-konstruowane", zamienione w literackie postaci. Flaubert pisząc „Pani Bovary” pisał, że „nie wolno pisać siebie; autora trzeba odczuwać wszędzie, ale nie można go widzieć”. Nie pisać siebie, nawet opowiadając w pierwszej osobie. Być niewidzialnym, widząc w obrębie opisu wszystko. Podobno jest szybki sprawdzian wartości opowiadania czy powieści? Gdy czytelnika trapi pytanie, czy niewidzialny autor widział jednak to, co opisał. Ja nie miałem Remku żadnych wątpliwości. Widziałeś, poznałeś, rozmawiałeś. Nade wszystko zaś: ZROZUMIAŁEŚ tę kobietę. Osobną sprawą jest forma, wyczucie języka teatralnego, mądre rozłożenie akcentów. Jestem wdzięczny, że podzieliłeś się ze mną tym tekstem, a od dzisiaj będę kibicował jego scenicznej transpozycji. Oby rychłej. Anna Mentlewicz, scenarzystka, dziennikarka TVP: Mam nadzieję, że poczułeś wreszcie ulgę, bo teraz już to MASZ. Jest konstrukcja, dobra bohaterka, ciekawa i przejmująca historia. Iza Szymańska, dziennikarka "Gazety Wyborczej", teatrolog: Przeczytałam. Chcę zobaczyć. Wiesz, nie znam się na objawach schizofrenii, ale z potoczną wiedzą na jej temat czyli jakby rozdzielenia umysłu na dwie/kilka, to jest to czytelne. Czy głębiej - trudno mi powiedzieć. Postać sama jest ciekawa. Stara kobieta tęskniąca do szczęścia młodości, odgrywająca je przed sobą, ale też chwilami (pod koniec) infantylna, dziewczęco, dziewiczo naiwna. To jej odgrywanie jest bardziej realne niż realne życie. Chociaż tu trudno precyzyjnie powiedzieć, co tym realnym życiem jest - na pewno kobieta siedząca i opowiadająca, pod koniec z didaskaliów (nie wiem jak sobie tą zmianę na scenie wyobrażasz, a może chcesz, żeby to było zaakcentowane od początku-tu pole dla reżysera) wiemy, że w izolatce. To, co dość powszechne u młodych niewiast, czyli podatność na kształtowanie przez otoczenie, jej zostało na całe życie - bardzo fajny koniec z tym: napisz mnie do końca. Wciągający, ciekawy. |
Premiera: Pozostałe informacje: |